Wieczorny dylemat…

Zacznę dziś od tego, że się wkurwiłem. Nie dzisiaj, wczoraj. Ale dziś dopiero o tym piszę. Bo ja wszystko rozumiem, że są ludzie, z którymi można coś planować i są tacy, z którymi nie można. Ale jeśli wiem, że nie można, to ja to rozumiem, nie planuję, nie wkurwiam się i żalu nie mam. Jeśli jednak pod uwagę biorę kogoś, kogo znam na tyle, aby dość skutecznie przewidywać z jakich planów zrezygnuje a z jakich nie, to już się idzie wkurwić, jeśli mimo wszystko rezygnuje z tego, z czego miał nie rezygnować. Mieszam? To spróbuję prościej. Jeśli od początku planowania słyszę wyrazy aprobaty, jeśli trwa ten stan przez dobry tydzień a na sam koniec słyszę głupie wymówki, to się wkurwiam. I żal mam. I słusznie przecież. A z drugiej strony nawet nie chce mi się na ten temat rozwodzić.

Dylemat natomiast dotyczy tego, co częstokroć nachodzi mnie w weekendy. Z jednej strony bym się z chęcią czegoś napił. Najebał nawet. Powstrzymuje mnie od tego jednak ściśle przestrzegana dieta. Z drugiej strony jutro dopiero będę żałował, jeśli się nie napiję. A jutro wieczorem mnie najdzie mocno. Nie wiem czemu, ale tak mam co niedzielę, kiedy wiem, że nie mogę ze względu na porę. Cóż, może strzelę jednego browara… albo 3. Wszak jak nie sprawdzę jak to wpływa na wagę to będzie mi to chodziło po głowie cały czas. Póki co idę na serial.

Dodaj komentarz